KSIĄDZ HENRYK HALMAN
misjonarz, orionista. „Anioł mnie przeprowadzał przez rwącą wodę, pośród ubogich ludzi, wychudzonych psów i dokuczliwych pcheł.”
TO MIŁOŚĆ SPRAWIŁA, ŻE ZOSTAŁEM KAPŁANEM
Pochodzę z Gdańska i jestem kapłanem misjonarzem w Zgromadzeniu Księży Orionistów, w którym złożyłem cztery śluby wieczyste: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa oraz ślub szczególnej wierności papieżowi.
Stało się to 6 września 1987 r. Na obrazku prymicyjnym moje serce zapisało słowa:
„To MIŁOŚĆ sprawiła, że zostałem kapłanem. Powołała do tajemniczych spraw. Rodzi mnie wciąż do nowego życia. I mówi – Kochaj Boga w drugim CZŁOWIEKU”.
Prawda ta jest wciąż dla mnie aktualna, wciąż przeżywana z Chrystusem w Jego krzyżu. Jest tajemnicza i radosna w mojej duszy.
Z woli Opatrzności Bożej zaraz po święceniach kapłańskich (które otrzymałem w Zduńskiej Woli 5 czerwca 1988 r. z rąk ks. bpa Henryka Muszyńskiego) mogłem pojechać na misje – głosić Dobrą Nowinę na afrykańskiej ziemi, gdzie tyle ubóstwa, a zarazem prostoty serca. Znalazłem się wśród tych najbiedniejszych, zapomnianych przez dobrze się mających. Cały swój młodzieńczy zapał ofiarowałem Bogu w tych maluczkich i najbardziej potrzebujących spotkanych podczas kapłańskiej posługi na Madagaskarze i w duchu miłości miłosiernej prowadziłem braci do Boga. Zarazem pełniłem tam funkcje: wikariusza, ekonoma, dyrektora oraz odpowiedzialnego za formację kleryków. Madagaskar jest wielką wyspą w zachodniej części Oceanu Indyjskiego. Wyglądem przypomina wielką bryłę odłupaną od kontynentu afrykańskiego. Dwie trzecie wyspy to góry i wyżyny pokryte skarłowaciałymi drzewami i krzewami.
Powulkaniczna czerwona ziemia zrobiła na mnie ogromne wrażenie, gdy dostrzegłem ją z lądującego samolotu 2 stycznia 1989 r. w Antananarywie, stolicy kraju. Madagaskar był kiedyś jedną z kolonii francuskich i dopiero 26 czerwca 1960 r. uzyskał niepodległość, przyjmując ustrój socjalizmu marksistowskiego. Państwo to pomimo bogactw naturalnych jest słabo rozwinięte pod względem przemysłowym i gospodarczym. Boryka się również z dużym problemem bezrobocia, a obecny kryzys polityczny (zamach stanu 2009 r.) jeszcze pogłębił tę biedę i izolację kraju. Istnieją tam wielkie różnice społeczne. Bogaci stanowią pewnego rodzaju kastę społeczną, zaś ubodzy są większością narodu.
Wśród ubogich właśnie mogłem żyć i pracować na różnych naszych placówkach misyjnych. W Anatihaz (1989-1991), w Faratsiho jako wikariusz (1991-1993), następnie jako ekonom (1993-1995), w Antsofinondry jako odpowiedzialny za Wyższe Seminarium Duchowne i formację kleryków (1995-1996); ponownie w Anatihaz jako radca (1996-1998); ponownie w Antsofinondry jako dyrektor, ekonom i odpowiedzialny za formację kleryków(1998-2005). W latach 2005-2006 odbyłem w Rzymie kurs formatorów — Universita Pontificia Salesiana (UPS). W latach 2006- 2007 powróciłem do Faratsiho jako wikariusz.
Od 2007 r. przebywam w Londynie (Wielka Brytania) w diecezji Westminster i posługuję tu jako wikariusz w Apostolstwie Polonijnym. Powoli kończę tu swoją misję, by ponownie wrócić do Afryki.
Kościół na Madagaskarze liczy 21 diecezji. Niemal wszyscy biskupi mają pochodzenie malgaskie, jednak większość kapłanów to misjonarze. Niekiedy bywa tak, że jeden kapłan obsługuje kilka, a nawet kilkanaście kościołów filialnych. Odwiedza je regularnie, ale zdany jest na pomoc laikatu, katechetów dobrze zorganizowanych w różnych diecezjach.
Pocieszające jest to, że wzrasta liczba rodzimych powołań. Wzorem zaangażowania się katolików świeckich w misyjną pracę Kościoła jest Wiktoria Rasoamanarivo, którą Ojciec Święty Jan Paweł 11 wyniósł do godności błogosławionej w dniu 30 kwietnia 1989 r. podczas swojej pielgrzymki na Madagaskar. Miałem okazję brać udział w tej papieskiej uroczystości beatyfikacyjnej i wraz z wieloma innymi kapłanami koncelebrować Mszę św.
Warto też wspomnieć, że Malgasze często kojarzą Polskę z bł. Ojcem Janem Beyzymem – jezuitą pracującym wśród trędowatych w Marana na Madagaskarze, no i ostatnio z papieżem Janem Pawłem II.
Jeśli chodzi o początki mego powołania, to myśl o wstąpieniu do klerykalnego zgromadzenia zakonnego przebłyskiwała od czasu do czasu w mojej duszy, ale ostateczną decyzję podjąłem po odbytej zasadniczej służbie wojskowej. Stało się to po całodobowym czuwaniu na Jasnej Górze, gdzie w Ośrodku Powołaniowym zabrałem trzy adresy zgromadzeń: jezuitów, franciszkanów i orionistów. Wysłałem trzy listy jednakowej treści z postanowieniem, że które pierwsze zgromadzenie mi odpowie – tam jest moje miejsce. Pierwsza odpowiedź nadeszła od Synów Boskiej Opatrzności, czyli od księży orionistów — taki był znak od mojej „Czarnej Pani”.
Pierwsze myśli o wyjeździe na misje pojawiły się podczas jednych z rekolekcji parafialnych w mojej rodzinnej parafii w Kiełpinie Górnym pod koniec szkoły podstawowej i były kierowane raczej na Amazonię niż Afrykę. Zakiełkował we mnie powołaniem misyjnym głos rekolekcjonisty, a potem to powołanie dało o sobie silnie znać w nowicjacie. Musiałem stoczyć batalię duchową z Mistrzem Nowicjatu, by go przekonać do mojej pracy misyjnej. Nie było to łatwe, gdyż prowincja polska orionistów w tamtych czasach nie prowadziła samodzielnie misji.
Mówiąc prawdę, nie miałem żadnego „fachowego” przygotowania przed wyjazdem na Madagaskar, poza dwukrotnym spotkaniem się z misjonarzem tam pracującym od kilku lat. Początkowo miałem się przygotowywać do pracy misyjnej we Francji. Jednak pojechałem do Włoch, gdyż zostałem włączony jako misjonarz do włoskiej prowincji orionistów, bo ona prowadziła misje. Potem pojawiły się problemy z wyjazdem do Francji. Dlatego od razu mnie wysłano na misje na Madagaskar – taka była wola mojego przełożonego, a więc wola Boża.
Nie wybierałem kraju misyjnego. Byłem w pełni dyspozycyjny wobec przełożonych. Wówczas Madagaskar potrzebował pilnie misjonarzy. Dlatego wybór padł na mnie.
Pierwszy mój duchowy „wstrząs”, silne przeżycie po zetknięciu się z tutejszą rzeczywistością, wywołało we mnie wielkie ubóstwo i brak czystej wody. Zauważyłem wielkie ilości osób sprzedających i kupujących na przydrożnych straganikach i ogromne zagęszczenie ludzi w Anaztohazo, jednej z najbiedniejszych dzielnic Antananarywy. Był straszny upał, a Europę opuściłem 2 stycznia, w zimę. Odczułem wtedy wielką życzliwość Malgaszów. Nie mogę zapomnieć pierwszego spaceru po ulicach stolicy, straganów mięsnych w pełnym słońcu, ogromu much i odrażającego zapachu mięsa, którego nie mogłem jeść przez kilka dni, no i wychudzone psy czekające na każdy okruch, a po powrocie na misję – dokuczliwe pchły.
Wiele jest różnych wrażeń i przeżyć, ale nie sposób wszystkimi się podzielić. Każde z nich ma swoją głębię i opatrznościową interpretację. W dzień Pański szedłem jak zwykle celebrować drugą niedzielną Mszę św. do jednej z pobliskich wiosek, oddalonej około półtorej godziny marszu od mojej bazy misyjnej (tak zazwyczaj na misjach mierzy się odległość). Skracając sobie drogę, musiałem przejść przez rzekę. Normalnego mostu nie było, zamiast niego położona była prowizoryczna kładka, którą już nieraz przechodziłem. Kładka ta była dość wysoka – ok. 10 m nad rwącą rzeką, która w porze deszczowej przybrała na rozmiarach i sile. Przechodząc przez nią, tj. złączone ze sobą dwa pnie sosny, nagle, będąc na środku, zacząłem się chwiać, tracić równowagę i usłyszałem wewnętrzny głos: „I co teraz zrobisz?” Myślałem, że to już koniec. Byłem sam, znałem drogę i nie chciałem fatygować katechisty, który zazwyczaj towarzyszy księdzu w dotarciu do wioski. Po chwili znów głos, tym razem już mocniejszy: „Ufaj! Nie bój się, ja cię poprowadzę”. Nie wiem, jak to się stało, ale opanowałem się i spokojnie przeszedłem na drugą stronę. Może to dziwnie brzmi, ale jestem pewien, że to mój Anioł Stróż czuwał.
NA GŁĘBOKĄWODĘ
W pierwszym miesiącu mojego pobytu i nauki języka malgaskiego, przede wszystkim tekstów Mszy św., doznałem niezwykle pouczającej lekcji praktyczno-teologicznej, którą nazwałem „lekcją Dużej Hostii”, gdyż do dziś pamiętam ją mocno w swoim sercu. Otóż miałem już na tyle opanowane teksty mszalne, że zacząłem odprawiać w języku miejscowym w naszej prywatnej domowej kaplicy misyjnej, do której czasami przychodzili Malgasze. Jeden z młodzieńców, który był od niedawna ministrantem w parafii, chciał mi pomóc w przygotowaniu do Mszy św., więc mu pozwoliłem. Zabrakło dużej hostii, bym mógł odprawiać. Rozmawiałem z nim w języku francuskim. Wysłałem go do zakrystii parafialnej po dużą hostię. A on z pełną powagą odpowiada mi, że przecież w tabernakulum jest hostia, więc mogę ją wziąć i odprawiać. Zrozumiałem wtedy, że muszę mieć oczy otwarte na wszystko, nie tylko w życiu codziennym, praktycznym, ale także w sprawach ściśle teologicznych.
Współpraca nas, misjonarzy, z władzami państwowymi jest – jak do tej pory – stosunkowo dobra, zaś z wyznawcami innych religii – układa się naprawdę dobrze. Obok oficjalnego ekumenizmu istnieje tu ekumenizm praktyczny, ludowy. Wiele rodzin żyje w małżeństwach mieszanych. Istnieje dość uciążliwa tradycja – przy zawieraniu ślubu żona przyjmuje wiarę męża. Da się zauważyć wzajemną tolerancję religijną. Każda niemal wioska posiada co najmniej dwa kościoły: jeden katolicki, a drugi czy to protestancki, czy anglikański, czy też jakiejś sekty.
Życie i posługa misyjna daje mi wiele radości, satysfakcji. Bardzo sobie cenię zdobyte zaufanie wśród tubylców, którzy bacznie obserwują misjonarzy, z czym przychodzą i w jaki sposób posługują wspólnocie. To zaufanie pozwala na otwartą współpracę i owocne nauczanie.
Raduje się moje serce z udzielania sakramentów świętych, zwłaszcza chrztu św. Bardzo lubię „wyprawy”, tj. odwiedziny duszpasterskie, w poszczególnych centrach czy wioskach misyjnych jedno lub kilkudniowe z plecakiem na plecach, w asyście katechety i innej zaufanej osoby.
Błogosławieństwo żegnającej mnie mamy na warszawskim lotnisku ze łzami w oczach – myślę, że nie tylko z rozłąki, ale i z powodu radości powierzonej mi przez Boga misji w Zgromadzeniu Zakonnym Księży Orionistów – i słowa matki: „Synu, ufaj Bogu, a On cię nie zawiedzie!” – moim skarbem noszonym w specjalnej szkatułce pamięci, do której często zaglądam.
Cieszy mnie ogromnie widok dzieci uczęszczających do szkół misyjnych, gdzie mogą otrzymać darmowy posiłek. Ogromną radość sprawia mi chwila, gdy miejscowi seminarzyści przyjmują święcenia kapłańskie, a nie tak dawno sam przyjmowałem ich do seminarium, kształciłem, a potem stanąłem razem z nimi przy ołtarzu Pańskim i sprawowaliśmy Eucharystię.
Na misjach poczuć można ducha Kościoła pierwszych wieków, jego radość i entuzjazm. To twarde życie, pełne trudu, zarazem Boże dzieło. Trzeba tylko zaufać Bogu i być wiernym powołaniu.
Boża Opatrzność czuwa i kieruje życiem misjonarzy, a siła modlitwy Kościoła jest wielka, więc nie lękaj się czując w sobie powołanie misyjne. Będziesz miał pełne ręce roboty, od Mszy św., ambony, udzielania sakramentów począwszy, a skończywszy na zajęciach praktycznych, odkryjesz, że masz „złotą rączkę”. Misje, praca misyjna to nie życie w pięknym afrykańskim tropiku, ale to ciągłe oddanie się, poświęcenie. To miłość Boga w drugim człowieku. Nie potrzeba robić wielkich rzeczy — wystarczy codzienne sumienne wykonywanie swoich obowiązków i uległość Duchowi Świętemu zwłaszcza najbardziej potrzebującym i nieszczęśliwym darować to, czym sam zostałem obdarowany.
Ksiądz Henryk Halman FDP
ze Zgromadzenia Zakonnego Małego Dzieła Boskiej Opatrzności – orionistów
* Święcenia kapłańskie przyjął 5 czerwca 1988 r. Na misjach na Madagaskarze przebywał od 2 stycznia 1989 do 2007 r. Od 2007 r. przebywa w Londynie.







