Pragnieniem świętego Alojzego Orione było tworzenie dzieł miłosierdzia w miejscach gdzie zostaną rozbite namioty Zgromadzenia Małego Dzieła Boskiej Opatrzności – Orionistów. W ponad stuletniej historii Zgromadzenia powstawały dzieła jako odpowiedź na potrzebę danego czasu i miejsca. Tak zrodziło się pierwsze Oratorium dla biednych chłopców ulicy, głodnych i zaniedbanych o których rozwój i edukację nikt się nie troszczył. Takimi dziełami były Małe Cotollenga, które roztaczały opiekę nad ludźmi chorymi i starcami boleśnie przeżywającymi samotność i lęk przed śmiercią. Ksiądz Alojzy Orione nie trzymał się kurczowo tylko pewnego rodzaju dzieł lecz dawał impuls swoim duchowym synom aby dzieła były zawsze odpowiedzią na potrzeby czasu. Dlatego w momentach kataklizmów trzęsień ziemi i wojen powstawały domy dla sierot. W obliczu rozwoju zjawiska bezdomności Orioniści tworzyli schroniska dla bezdomnych a wobec problemów ludzi młodych otwierane są Młodzieżowe Ośrodki Wychowawcze. Tak dzieje się do dnia dzisiejszego bo Zgromadzenie kontynuuje realizację charyzmatu którym Bóg obdarzył Kościół przez świętego Alojzego Orione. W każdej parafii w której rozpoczynają działalność Orioniści mają być – zgodnie z pragnieniem Założyciela Orionistów – dwie ambony. Pierwsza to miejsce proklamowania Słowa Bożego, to ogłaszanie Dobrej Nowiny o śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa. Aby ratować dusze, aby dawać im umocnienie i pocieszenie istnieje ogromna potrzeba głoszenia Słowa Bożego. Ale aby Słowo o Bożej miłości mogło stawać się ciałem, aby mogło się realizować potrzebna jest ambona dzieła miłosierdzia. W każdej parafii, dysponując, nawet skromnymi środkami lokalowymi, otwierane są Oratoria dla dzieci i młodzieży. Podobnie w krajach misyjnych w chwili otwierania misji tworzy się „Atelier zawodowe” aby tak jak na Madagaskarze uczyć podstaw zawodu kucharza, stolarza, mechanika. Przy szkołach powstają „zagrody misyjne” aby dać chociaż jeden posiłek ale też aby uczyć hodowli zwierząt zapewniającej żywność. Dziełem miłosierdzia na tych terenach są ujęcia wody, ambulatoria ale też izby porodowe, jedyne miejsca pomocy dla rodzących kobiet w promieniu do stu kilometrów. Rolnikom na Filipinach pomaga się w uprawie ryżu, najważniejszego produktu zaspokajającego głód. Wielką znakiem miłości dla tych ludzi są ośrodki rehabilitacyjne ratujące życie niepełnosprawnym zabijanym z powodu lęku aby nie przynieśli nieszczęścia na całą wioskę. Misjonarze dzieł oriońskich to ci, którzy zapalają w tych najbardziej oddalonych miejscach na krańcach ziemi, światła nadziei. Wtedy nasze dzieła stają się – jak mawiał święty Alojzy Orione – latarniami miłości i cywilizacji.
KSIĄDZ HENRYK HALMAN
misjonarz, orionista. „Anioł mnie przeprowadzał przez rwącą wodę, pośród ubogich ludzi, wychudzonych psów i dokuczliwych pcheł.”
TO MIŁOŚĆ SPRAWIŁA, ŻE ZOSTAŁEM KAPŁANEM
Pochodzę z Gdańska i jestem kapłanem misjonarzem w Zgromadzeniu Księży Orionistów, w którym złożyłem cztery śluby wieczyste: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa oraz ślub szczególnej wierności papieżowi.
Stało się to 6 września 1987 r. Na obrazku prymicyjnym moje serce zapisało słowa:
„To MIŁOŚĆ sprawiła, że zostałem kapłanem. Powołała do tajemniczych spraw. Rodzi mnie wciąż do nowego życia. I mówi – Kochaj Boga w drugim CZŁOWIEKU”.
Prawda ta jest wciąż dla mnie aktualna, wciąż przeżywana z Chrystusem w Jego krzyżu. Jest tajemnicza i radosna w mojej duszy.
KSIĄDZ STANISLAS GBEISSAY ACHI FDP
Kiedy jestem proszony o opowiedzenie historii mojego powołania, żartuję, że nie mam historii, mam tylko powołanie.
Jestem ks. Stanislas Gbeissay Achi, urodziłem się 11 kwietnia 1981 roku, w liturgiczne święto św. Stanisława, biskupa krakowskiego i męczennika. Jestem starszym z czworga dzieci mojej matki, Katarzyny Anin.
Moja droga powołania może być podobna do drogi wielu młodych ludzi: naśladowanie. Widziałem seminarzystów, widziałem ich życie i zakochałem się w nim. Zobaczyłem księdza odpowiedzialnego za parafię, w której byłem, zobaczyłem ich życie i obiecałem być jednym z nich.
Urodziłem się na Wybrzeżu Kości Słoniowej, we wschodnim mieście Abengourou, w bardzo katolickiej rodzinie. Moja mama była członkinią chóru w katedrze w Abengourou, dziadek i babcia liderami i członkami Małych Wspólnot Chrześcijańskich. Wszystkie moje ciotki, wujkowie i kuzyni zostali wychowani w wierze chrześcijańskiej. W szkole podstawowej, aby uzyskać lepszą i tańszą edukację, zostałem zapisany do prywatnej szkoły prowadzonej przez metodystów. W ramach nauczania odbywały się tam zajęcia biblijne i doktrynalne. Jako młody chłopak zakochałem się w tym. Nie robiłem różnicy między metodystami a katolikami. Poza tym nasz dom znajdował się o krok od świątyni Zjednoczonych Metodystów. Wolałem uczęszczać tam na niedzielne nabożeństwa.

