Make an Appointment

(815) 555-5555

Mar de España (Brazylia), 17 X 1921

Do kleryka Dominika Sparpaglione

Mój drogi Sparpaglione, Powróciłem z długiej podróży do Marianny, gdzie mieszka arcybiskup tej diecezji; później udałem się do Sao Paulo i do Rio de Janeiro i przybywszy na miejsce zastałem z wielką przyjemnością twój list, który mi przyniósł wiele prawdziwej radości. Myślałem i myślę o tobie serdecznie tyle, tyle razy; pokrzepia mnie przede wszystkim zaufanie, które mam do was, gdyż skończyliście regularnie gimnazjum i liceum i stanowicie przedmiot tak wielkiej nadziei w odniesieniu do przyszłości naszego drogiego Zgromadzenia. Modlę się ciągle za ciebie i innych, żebyście mogli zdobyć dobrego ducha zakonnego, i o wielkie cnoty, ponieważ bez nich wiedza nie na wiele się wam przyda, jeżeli w ogóle nie zaszkodzi. Każdy nawet najwyższy stopień ludzkiej wiedzy nie ma żadnego znaczenia dla wieczności, jeżeli nie jest skierowany w stronę Boga i dobra bliźniego; najpierw świętość i miłość, a potem wiedza, jako że wiedza „ulegnie zniszczeniu – destruetur” (por. 1 Kor 13, 8), a świętość nigdy nie straci na wartości! Jednak polecam wam także i to bardzo naukę; nauka i wiedza nie napełnia pychą i nie nadyma wtedy, kiedy się ją nabywa w pokorze ducha i w dobrej intencji, by tym oddać chwałę Bogu, służyć Kościołowi, chronić młodzież i dusze, a jestem bardziej niż pewny, że i ty, mój synu, chcesz tak postępować i twoi koledzy, uczestnicy w tym powołaniu i ze szkoły. Kierując do Boga wszystkie wasze zajęcia szkolne i podnosząc przez wiedzę i poszukiwania naukowe myśl do Stwórcy, z żywym pragnieniem pomocy bliźniemu, będziecie się stawali świętymi i zdobędziecie cześć i chwałę niezniszczalną. Chciejcie jednak łączyć naukę z licznymi modlitwami; na początku nauka połączona z modlitwą jest ćwiczeniem trudnym, ale za to z czasem staje się wewnętrzną radością, pokornym wywyższeniem, takim które raduje ducha i stanowi o jego prostocie i staje się jakby potężnym źródłem światła. Tobie, jak również innym, polecam troskę o ciągle wzrastającą pobożność, modlitwę, troskę o podtrzymanie w was duchowego życia i niepoprzestawanie tylko na nauce, ale odwoływanie się do bożych podstaw ewangelii – do Jezusa Chrystusa – i uczynienie Jezusa ośrodkiem i miłością waszej młodości i waszego życia, światłem waszego umysłu oraz niewygasłym płomieniem waszych dusz. Razem z twoim listem otrzymałem inny list – również bardzo piękny i przyjęty z przyjemnością – od Piccininiego. Dzisiaj nie będę miał czasu, by napisać również do niego, a ponieważ jutro odpływa statek do Genui – przy czym nie chciałbym pisać do ciebie, a do niego nie – dlatego proszę cię, daj mu niniejszy list do przeczytania; jeżelibyście już nie byli razem, poślij go tam, gdzie przebywa, poślij następnie także do innych waszych współbraci, którzy byli w San Remo (…). Jestem zadowolony z tego, że ks. Cremaschi wezwał was do wspomagania moich i waszych drogich młodszych braci w Bra i że byliście wychowawcami w Wenecji. Z przyjemnością przyjmuję do wiadomości, że dawałeś tam sobie radę z chłopcami i że dałeś dla ich dobra wszystko, coś potrafił. Niech Pan sprawi, że będziesz zawsze dobry i niech ci udzieli wielkiego ducha Bożego i ducha gorliwości w dobrym. To, że zawsze odprawialiście rozmyślanie, jest dla mnie wiadomością bardzo krzepiącą. My tutaj tak samo odprawialiśmy rozmyślanie zawsze razem i w porze, którą nakazuje reguła: razem nawiedzenie (Najświętszego Sakramentu), różaniec wieczorem i modlitwy, razem prawie zawsze odmawianie brewiarza – przynajmniej Jutrzni i Laudesów. W refektarzu również mamy lekturę – rozumie się w języku portugalskim – w tym też języku rozmyślanie, wszystkie modlitwy i różaniec. Przy posiłkach czytamy życiorys św. Alfonsa. Od 8 września głoszę kazania w języku portugalskim; wczoraj – w niedzielę – miałem kilka kazań; odprawiłem dwie msze św. – jedną tutaj, drugą w miejscowości odległej o 16 km i pozbawionej kapłana, do której przybyłem o 12.30. Ten, który był tam proboszczem, dziś w podeszłym wieku, pojechał na kurację zdrowotną do Rio i już nie powróci. Wszyscy ludzie oczekiwali mnie, a kiedy zobaczyli, że się pojawiam, zaczęli z radości wymachiwać chusteczkami. Stali biedni w oczekiwaniu od rana. Ich kościół wygląda bardzo marnie, tak że zebrało mi się na płacz; przy ołtarzu, widząc całą wiarę tego opuszczonego ludu, jeszcze raz przyrzekłem Panu, że będę dobrym kapłanem.

Kościół był pełny („cheia”) ludzi, którzy śpiewali – ja zaś podczas tego śpiewu płakałem z miłości do Boga i do dusz, a jednocześnie z bólu, widząc ten lud bez kapłana, który by chrzcił ich dzieci, pokrzepiał ich chorych, błogosławił groby ich zmarłych! Czytałem Ewangelię, udzielałem chrztu, odczytałem zapowiedzi małżeńskie, przyjąłem ich dzieci i widziałem się z ich chorymi. Pytali, czy by nie mogli mieć przynajmniej jednej mszy w dniu Wszystkich Świętych i w dzień Zaduszny. Spodziewam się, że ja lub ktoś z naszych pojedzie do nich. Mamy tutaj sześć czy osiem koni – zwykle jedzie się na koniu; nasze konie, jak i woły nie mają stajni – na wolnej przestrzeni dniem i nocą pasą się na naszych łąkach („sciaccra”), które są bardzo rozległe. (…) Byłem w Sao Paulo; tamtejszy arcybiskup prosił mnie, żebym się zajął emigrantami włoskimi w Braz – dzielnicy miasta całkowicie zamieszkałej przez Włochów. Będzie ich w Sao Paulo przynajmniej 200 tys.; to najliczniejsza kolonia włoska, jaka istnieje poza naszym krajem ojczystym. W Braz Włosi rodzą się i umierają bez pociechy naszej wiary. Mam nadzieję, że Boska Opatrzność nas wspomoże; zgodziłem się – nie mogłem, nie powinienem był powiedzieć: „nie”. Wiem, że Ojciec św. również bardzo pragnie, żeby Włosi w Sao Paulo, zagrożeni przez protestantyzm i spirytyzm, nie utracili wiary, i tak też napisał do arcybiskupa. (…) Drodzy moi synowie, tutaj nasze żniwo coraz bardziej obfituje w złote kłosy i pole pracy – pole miłosierdzia – na rzecz dusz poszerza się, a rąk mamy niewiele! Kształćcie się szybko, wzrastajcie szybko i szybka przybywajcie. Potrzebuję nowych ludzi oprócz tych czterech, o których proszono ks. Sterpiego; potrzebuję przynajmniej dwóch innych dobrych kapłanów do Sao Paulo i dwóch innych kleryków poważnych i pewnych. Błagam Matkę Bożą, żeby ich przysłała, ale żeby byli dobrymi – ludźmi pobożnymi, pracowitymi i pełnymi poświęcenia. Odwagi, drogi Dominiku, odwagi, drogi Kajetanie, odwagi, przybyli z San Remo; pragnę, żeby ten list został i wam przesłany jako głos ojcowskiego uczucia i pokrzepienia na drodze wytrwałości i świętości; pomóżcie mi przynajmniej waszą modlitwą, waszym świętym życiem; bądźcie pociechą dla ks. Sterpiego, pomocą dla księży i przykładem dla waszych młodszych braci. Wszystkim wam błogosławię z miłością ojca w Jezusie Chrystusie i w Jego Sercu obejmuję was duchowo; każdego pojedynczo oddaję w ręce Matki Bożej. Wzajemnie ślę pozdrowienia ks. Pagelly. Istotnie, oczekiwałem, że on napisze i że napisze Del Rosso, Di Pietro i Piccardo. Do dziś otrzymałem niewiele listów, bardzo niewiele i prawie żadnej wiadomości, choć wyjechałem przed trzema miesiącami. Niech to będzie za moje grzechy! Spodziewam się, że czujecie się dobrze (…). Bóg niech będzie zawsze z wami, moi drodzy synowie! Tobie i Piccininiemu kładę na głowę rękę i z wielkim uczuciem błogosławię.

ks. Alojzy Orione ze Zgromadzenia „Boskiej Opatrzności”

Drogi Sparpaglione, jestem bardzo zadowolony z tego, żeś poszedł do Matki Wspomożycielki (1) – to tam u stóp Matki Bożej poświęciłem się na zawsze Panu i Jego Kościołowi! (1) Sanktuarium Matki Bożej księży salezjanów w Turynie. Być może poszedł po to, żeby się pomodlić.